czwartek, 29 czerwca 2017

Pies do owiec

Zawsze miłe skojarzenia niesie u mnie myśl o długowłosym biało czarnym border collie, cichym ogródku gdzieś na dalekiej wsi i stadku owiec. Pies bez schiz, ignorujący całe otoczenie, pomalutku podążający za starszym, siwym właścicielem krok w krok. Mądry, bystry i kiedy potrzeba pracujący na pełnych obrotach, dzielny i nieustraszony stróż, najlepszy przyjaciel człowieka. 





Mieszkając w centrum miasta spotykam się na codzień z "nowoczesnymi" ludźmi, takimi którzy wybierają psa, pod kolor nowych butów. Nagminnie jestem zaczepiana kiedy idę z Yodą, non stop ktoś chce wiedzieć co to za rasa, gdzie kupiłam, a już szczytem bezczelności jest pytanie ile za nią zapłaciłam. Nikt nie zapyta jak mi się z nią żyje, czego potrzebuje, jakie są jej cechy charakteru, czy ma jakieś problemy. Dlatego nauczyłam się mówić że Yo to kundelek z pobliskiego schroniska, ale nie o tym dziś. 

Wśród tych wszystkich januszy biznesu "skóra, fura, komóra i... pasujący estetycznie do tego wszystkiego pies" znajdą się też koneserzy rasy. Ludzie którzy wiedzą z czym to się je, a rozmawiając z nimi chwilę mam czysty obraz ich serdeczności. Zupełnie nie dziwi mnie fakt że potrafią zobaczyć w moim psie "tego" border collie a na moje słowa że to kundelek tylko się uśmiechają, kucają i nienachalnie wyciągają rękę w stronę psa. W tedy bije od nich tyle miłości ile zwykły szary janusz na oczy nie widział. 

Do czego zmierzam? 
Dobrze jest czasem wśród dzisiejszego popytu na pro sportowe border collie, które robią wszystko na raz i uczestniczą w wyścigu szczurów, zobaczyć po prostu poczciwego starszego człowieka który kocha te psy nie za to że wysoko skaczą po frisbee, czy robią piękne ciasne skręty w agility, a za to jakie są w środku. Odrzucając sportowe predyspozycje, odrzucając wszystko co w dzisiejszych czasach liczy się dla każdego z nas, nie ukrywając 99% osób wybrało właśnie tę rasę z myślą o konkretnych psich sportach i nie ma w tym nic złego, sama tak zrobiłam. Aczkolwiek ten jeden procent ludzi, którzy biorą bordera by żyć z nim w harmonii, w swojej oazie gdzies na końcu świata sprawiają że jest mi tak ciepło na sercu. 
Nie sklejają mu uszu by był ładniejszy, nie podcinają sierści na brzuchu by wyglądał na chudszego, nie golą go aby było widać sylwetkę, nie kupują obróżek za miliony monet aby ładnie się prezentowały, nie wydają też x monet na przeróżne zabawki, które po zliczeniu są warte więcej niż samochód. Po prostu są, razem, szczęśliwi że mają siebie, nie patrzą na innych, doceniają to co sami mają. 




Dziś na spacerze zaczepił mnie starszy siwy pan. Zapytał czy może zająć chwilę bo chciałby mi opowiedzieć historie jego border collie. Ukucnął i wyciągnął rękę do Yody, kiedy ta do niego podeszła i oddała się miłosnym ekscesom "kocham cie człowieku" ten starszy siwy pan po prostu się rozpłakał. Wyjął chusteczkę z kieszeni, wytarł łzy i powiedział że jego border był dokładnie taki sam. Ja w szoku nie wiedziałam co powiedzieć, a on kontynuował. 20 lat temu przybłąkała się do niego na wieś biało-czarna suczka bc która była szczenna. Przygarnął ją a ona po krótkim czasie urodziła w stodole na sianie pięć szczeniaków. Wszystkie biało czarne, tylko jedna suczka była blue merle. Wszystkim znalazł dobre domy a tej suczki nikt nie chciał wziąć bo była jak na tamte czasy "brzydka, bura" więc postanowił ją zostawić i nazwać Diwa. Kiedy miała około pół roku, samochód śmiertelnie potrącił jej matkę. 
Opowiadał mi o zwyczajach, o jej zachowaniach, o tym jaka była, co lubiła, potrafiła cały dzień przeleżeć gapiąc się na kury w zagrodzie, była bardzo bystra, spała na sianie w stodole i nigdy nie oddaliła się od posesji mimo że była nieogrodzona. Do obcych była nieufna, kury były jej życiem, nie pozwalała nikomu zbliżyć się do zagrody oprócz niego. Zabijała kuny które w nocy chciały wedrzeć się do kurnika, podobno kiedyś nawet pogoniła lisa. Koty uwielbiała, spała z nimi na sianie i jadła z jednej miski. Niestety odeszła niespodziewanie w wieku 8 lat. Któregoś dnia kiedy pan wyszedł z domu aby wczesnym świtem otworzyć kury, suczki nie było na progu domu gdzie codziennie na niego czekała żeby radośnie pójść za nim do kurzej zagrody. Kiedy zajrzał do stodoły znalazł ją martwą, zwiniętą w kłębek, jakby po prostu spała. Wstał, podał mi rękę, podziękował że mógł to komuś opowiedzieć i na koniec kazał mi dbać o Yodę bo to najlepszy pies na jakiego mogłam się zdecydować. Pożegnał się i poszedł a ja stałam jeszcze 5 minut w totalnym osłupieniu a wracając do domu popłakałam się jak dziecko. 

Postawa tego człowieka, wewnętrzna dobroć która aż wylewała się uszami, serdeczność i szczera miłość do tej rasy zmiotła mnie z nóg. 
Ten pan i jego wierny border collie jeszcze kiedyś się spotkają, a ja marzę by na świecie było więcej takich osób. warto też zastanowić się nad samym sobą i relacji z własnym psem, czy aby na pewno chęć osiągnięcia sukcesu nie przysłoniła nam czystej, bezwarunkowej obustronnej miłości? Czy warto się wkurzać kiedy nie wychodzi na trening, czy załamywać się jak okaże się ze nasz pies jest na coś chory? Czy na prawdę to jest w życiu najważniejsze? 


wszystkie zdjęcia wykonała Vertie / Joanna Bazielich